Nieśnią

Dziś widziałam, jak mój brat trzykrotnie zapadał w drzemkę. Patrzyłam, jak człowiek przegrywa ze zmęczeniem, wygaduje bzdury i w końcu wiotczeje. Wyrywany z tego stanu jest jak głupiec dodatkowo ogłuszony opium.

Czasem przekraczasz tą cienką granicę. Wytrzymujesz ten krytyczny moment, w którym utrzymanie powiek otwartych graniczy z cudem. Po chwili same ci się otwierają. Po zmęczeniu zostaje jedynie siniec pod okiem i niewybaczalna zadra na duszy. Przestajesz odczuwać potrzebę tego, co jest przecież wpisane w twoją naturę. Nie śpisz do 2, potem do 3, 4, 5… Bezsenność jest jak narkotyk. Bezsenność jest halucynogenna. Nie możesz zasnąć jak człowiek, jesteś na haju. Odpływasz i trwasz w tym stanie do świtu. Cieszysz się, że Trójka puszcza nocne audycje z muzyką. Wstajesz, robisz śniadanie, pijesz kawę. I nagle wiesz, że nie dostroisz się już do normalnego rytmu życia normalnych ludzi.

Reklamy

Nieprzejezdny bezden

Myślę, że oswajając jakieś zwierzę i pozwalając oswoić się jemu, oddajemy sobie nawzajem cząstkę naszej duszy. Wydaje mi się, że odkąd posmutniałam, posmutniał też mój kot i mój szczur. Widzę, jak słabną razem ze mną, śpią więcej, wychylają się mniej. Nie jestem dla nich człowiekiem. Jestem żywą, obdartą ze skóry duszą, wrażliwą na najlżejsze muśnięcie ogonem, najdelikatniejsze liźnięcie szorstkim językiem. Wiedzą o tym, dlatego tak lgną, grzeją ciepłem swojego malutkiego ciałka obolałe, obumierające miejsca. Boję się jednak, że podzielają mój strach i ból. Nie chcę tego, ale mamy jedno serce. Patrzymy też tymi samymi oczami. Migdałami pozłacanymi tajemnicą i drżącymi paciorkami.
Przylatują też ćmy. Całe chmary. Obijają się o mnie, młócą skrzydłami wibrujące powietrze. Jestem tylko małym, tlącym się ledwo płomieniem, jednak jedynym we wszechogarniającej ciemności.

*

Ciężkie zasłony wzdymają się od wiatru. Czarny koń wyciągnął kopyta na nierównej powierzchni betonowej drogi, ciągnąc za sobą równie czarny wóz. Wewnątrz widać tylko ciemny kapelusz i poprawiającą go bladą dłoń.
Mój Upiór przybył do miasta. Teraz czekać tylko, aż zapuka w okno.
Bo Upiory nigdy nie pukają do drzwi.

Chłopiec, który władał słowem

Nie dostało się na konkurs. Niech więc ujrzy światło.
Opowiadanie przeznaczone dla osób od 6 do 11 roku życia, wymaga się więc obudzenia wewnętrznego dziecka na czas czytania.

Felicja

Eustachy miał dziesięć lat. Mieszkał z rodzicami, kotem i molami w domu, który przypominał wielką bibliotekę. Każdy pokój mieścił w sobie półki z książkami. Tak więc mały Eustachy dorastał w otoczeniu słów, zapachu starego papieru i pod czujnym okiem pisarzy, spoglądających z portretów umieszczonych na tyłach okładek. Mama i tata powiadali, że autorzy wypełniających ich dom książek strzegą jego talentu, jednocześnie wymagając, aby go rozwijał. Chłopiec bowiem pisał piękne, fantastyczne historie. I faktycznie – gdy Eustachy przestawał tworzyć, miał wrażenie, że twarze pisarzy ze zdjęć przybierają jakby sroższy wyraz. Starał się więc codziennie pisać choćby kilka zdań i czytać dużo książek, by wiedzieć, jak posługiwać się słowem.
Wkrótce Eustachy ukończył szkołę podstawową i rozpoczął naukę w gimnazjum. Poznał tam nowych kolegów – swoją drogą, strasznych łobuzów! – którzy z dumą obnosili się każdym zadrapaniem wyniesionym z zabawy, jakby to były co najmniej rany bitewne. Im więcej chłopiec przebywał w ich towarzystwie, tym rzadziej widywało się go z piórem w ręku. Niechętnie zaglądał też do książek, zostawiając je na pastwę niepamięci i moli, które pozostawione same sobie zapominały, czym była dla nich tresura i urządzały sobie wielkie uczty między regałami. Eustachego pochłonęły gry komputerowe i szkolne bijatyki, zaś zainteresowanie domowymi bibliotekami, do tej pory będącymi dla niego skarbnicą wiedzy i tajemnicą wartą poznania, kończyło się na przelotnym spojrzeniu.

Był piątek. Eustachy wyszedł ze szkoły, pożegnał się z kolegami i ruszył do domu. Wiedział, że nie spotka się z nimi na tym weekendzie, mieli już inne plany. Zapowiadały się więc trzy dni spędzone we własnym pokoju.
Gdy obudził się w sobotę rano, wstał z łóżka bez żadnego pomysłu na rozpoczęcie dnia. Włożył pantofle i człapiąc, zrobił mały spacer po domu. Nogi – a może to był sentyment – same zaprowadziły go do jednego z regałów. Tam, gdzie leżały jego ulubione książki. Wziął jedną z nich do ręki, włożył palec między strony i otworzył na przypadkowej stronie. Brwi chłopca uniosły się ku górze.
Kartka była pusta.
Sprawdził pierwszą stronę. Nic. Sprawdził ostatnią. Też nic! Wyjął z półki kolejną książkę. Pusto! Chwytał w panice następną. I następną. Wreszcie odnalazł książkę z zapisanymi stronami, jednak… kiedy przewracał kartki, litery zwieszały się ze skrzypnięciem, kołysały przez chwilę wisząc na ogonku i odrywały nagle, upadając z grzechotem na ziemię. Eustachy, zrezygnowany, złapał ostatnią książkę. Ją również opuściły słowa. Chłopiec usiadł na ziemi, ułożył ją na kolanach i wpatrzył się pustym wzrokiem w równie puste kartki.
– To moja wina – pociągnął nosem. – Całkowicie was zaniedbałem…
Łzy popłynęły po jego policzkach i ześliznęły się na papier. Wtedy, ni stąd ni zowąd, na książkę spadła biedronka. Jak jedna z łez! Niefortunnie wylądowała na grzbiecie, dlatego Eustachy podał jej palec i pomógł stanąć na odnóża. Biedronka powierciła się w miejscu, łapiąc orientację w terenie i zaczęła iść. Szła od lewego marginesu do prawego, frunęła z powrotem i powtarzała drogę, lecz o linijkę niżej. Eustachy śledził bacznie trajektorię owadziej wędrówki. Co przykuło jego uwagę, biedronka zostawiała za sobą czarny, przerywany szlaczek.
– Hej, zaczekaj, dokąd lecisz?! – zawołał Eustachy, gdy stworzonko rozwinęło swoje małe skrzydełka i odleciało. Jak mogła pojawić się tak nagle i zostawić go bez żadnych wyjaśnień? Eustachy nie wiedział wtedy jeszcze, że z biedronkami nie należy wiązać wygórowanych oczekiwań.
Zrozumiawszy, że nie może jej zatrzymać, pochylił się nad książką tak nisko, że niemal dotykał jej czubkiem nosa. Jednak literki były na tyle drobne, że w odczytaniu ich pomóc mu mógł tylko mikroskop! Miał szczęście, że jego rodzice, będąc pasjonatami nauki, kupowali przeróżne sprzęty do poszerzania swych horyzontów. Między innymi właśnie mikroskopy.
Ojciec Eustachego zagospodarował piwnicę pod swoje naukowe laboratorium. Nie było to łatwe – musiał stoczyć z żoną wiele kłótni o to, gdzie będzie trzymała swoje przetwory. Ze względu na nią pan Teofil dobudował drugą piwnicę. I tak oto w domu znajdowały się dwie piwnice. Jedna na eksperymenty, druga na przetwory.
Laboratorium było zawsze otwarte, niemniej Eustachy mógł je odwiedzać tylko pod warunkiem, że założy maskę. Niekiedy pan Teofil nie zdążył wywietrzyć całego pomieszczenia, a nie chciał, żeby opary jego mikstur zaszkodziły synowi.
Cała książka pod mikroskopem zmieścić się nie mogła. Chłopiec musiał wyrwać kartkę z napisem i wtedy dopiero ułożył ją na stoliku pod obiektywem. Spojrzał przez okulary i kiedy ustawił już odpowiednią ostrość, przeczytał: „Zdawać by się mogło, że taki dzień nigdy nie nadejdzie. Że słowa nigdy nie opuszczą książek, że nigdy nie przestaną być ich częścią. Ale stało się. Ludzie przestają czytać. Słowa powoli odchodzą. Światy, które tworzyły, zaczęły się zapadać. A książki… przestają być książkami. Istnieje jednak nadzieja. Tkwi w tych, którzy słowem potrafią władać i nakłonić je do powrotu.”
Eustachy uniósł spojrzenie znad mikroskopu. Między jego brwiami powstała zmarszczka zdradzająca głębokie zamyślenie. Musiał wpaść na pomysł, gdyż chwycił książkę pod pachę i wbiegł na górę. Wyrazy wciąż leżały rozsypane na ziemi. Wycelował w nie palcem i zażądał butnie:
– Rozkazuję wam wrócić do książek!
Nic się nie wydarzyło. Chłopiec podjął kolejną próbę, tym razem przydając sobie więcej autorytetu. Żeby być bardziej przekonujący, przysunął sobie stołek i zadudnił z podestu.
– Ja, władca Eustachy, nakazuję, abyście wróciły do książek!
Słowa poruszyły się leniwie, ale chyba tylko po to, by zmienić pozycję na wygodniejszą do leżenia na podłodze. Co by im ogonki nie ścierpły.
Eustachy, jak mu się zdawało, okazał się nieudolnym władcą słów, a więc zgodnie z pozostawioną przez biedronkę wskazówką pozostało mu spróbować nakłonić je do powrotu.
– Kochane słowa, proszę, wróćcie na kartki.
Te jednak nie usłuchały.
– Jeśli to zrobicie, dam wam coś dobrego!
Litery uniosły się nieco. Zachęcony jakąkolwiek reakcją Eustachy udał się do kuchni po suchy chleb, pokruszył go w dłoniach i rozsypał go między słowami.
– Proszę!
Słowa jednak położyły się z powrotem, ignorując wspaniałomyślny gest chłopca. Eustachy nie miał pojęcia, czym mogą żywić się słowa. Chwila skupienia owocowała nowym pomysłem. Atrament! Przyniósł więc kałamarz i postawił go przy literkach. I faktycznie, zgromadziwszy się wokół naczynia z inkaustem, opiły się go co nie miara. Lecz skończyło się na upstrzonej kleksami podłodze, natomiast szczupłe słowa przeobraziły się w wytłuszczony druk i tym trudniej było im się gdziekolwiek ruszyć.
– To ja już nic nie wiem! – żachnął się Eustachy i z naburmuszoną miną zapadł się w stojącym nieopodal wielkim fotelu.
Wkrótce złość ustąpiła miejsca senności, która otoczyła go onirycznym kokonem. Słowom zrobiło się go trochę szkoda, przyczołgały się więc do niego i wtuliły w zagięcia chłopięcej pidżamy.
Gdy nadeszła pora obiadu i kuchennej kakofonii, Eustachy zbudził się w nagłym zrywie. Z zaskoczeniem zauważył pierzchające z zakamarków jego piżamy literki. Ziewnął, przetarł oczy i udał się do mamy pełniącej dziś rolę rozczochranej kucharki. Mama, jak zawsze dbała o elegancję, tak w dni wolne od pracy zawsze chodziła rozczochrana. To chyba był jakiś rodzaj odpoczynku.
– Dzień dobry, śpiochu. Wiesz, że za chwilę będzie obiad? – gdy się uśmiechała, uśmiechał się cały świat wokół. Ale nie dziś. Mama musiała zauważyć, że jej moce rozweselające napotkały opór, bo zapytała, czy coś stało się nie po myśli syna.
Eustachy nie odpowiedział od razu.
– Co to znaczy władać słowem? – wydusił wreszcie.
– To znaczy pisać tak, żeby ludzie chcieli cię czytać i mówić tak, by chcieli cię słuchać.
– Ahaaaa… – chłopiec zrozumiał już, dlaczego słowa były nieposłuszne i oziębłe.
– Skąd to pytanie?
– Mam coś do zrobienia – Eustachy odrzekł wymijająco i zniknął z kuchni.

Dawno już nie miał przed sobą czystej kartki, gotowej spić każdą kroplę atramentu ze stalowej końcówki pióra. Czekała, aż młody pisarz zapełni ją rączymi myślami.
„…Ludzie przestają czytać. Słowa powoli odchodzą…” – przywołał w pamięci słowa, które pojawiły się na opustoszałych kartkach jego ulubionej książki.
– Jeśli ludzie zaczną czytać, to słowa zaczną wracać – usłyszał. Rozejrzał się. Głos ten słyszał pierwszy raz w życiu, nie należał do nikogo znajomego. Oprócz niego w pokoju nie było nikogo. Towarzyszył mu jedynie czarny jak smoła, stary kocur z białym prążkiem na szyi. Eustachy był pewien, że sobie tego nie zmyślił. Głos brzmiał zbyt prawdziwie.
– Kto to powiedział? – chłopiec poczuł pełznący wzdłuż kręgosłupa dreszcz.
– Ja. Cichołap. Twój kot.
– Cichołapek?! Ty mówisz? Jak to możliwe?
– Mówię, kiedy uznaję to za konieczność – kocur zmrużył z nonszalancją ozłocone słońcem oczy i odwrócił łeb.
Eustachy momentalnie przypomniał sobie sytuację, kiedy miał sześć lat i rodzice zostawili go pod opieką kuzyna Andrzeja. Andrzej postanowił przywiązać go do drzewa, by mały Eustachy mógł poruszać się po długości sznura, a samemu ulec namowom kolegów do gry w piłkę. Nie przewidział jednak tego, że dzieciak spacerując wokół drzewa zaplącze się w linę. Eustachy co prawda utknął w cieniu, ale po południu słońce zmieniło swoje położenie na niebie i skierowało falę gorąca na uwięzionego chłopca.
Cichołapek siedział wtedy na werandzie i spoglądał na niego beznamiętnie.
– Pamiętasz to? – zdenerwował się Eustachy. – Wtedy nie było konieczne zawołać o pomoc?
Kocur odpowiedział lakonicznym machnięciem ogonem, dając młodemu pisarzowi do zrozumienia, że to, co koty uznają za słuszne bardzo rzadko idzie w parze z ludzkimi przekonaniami.
– Dzisiaj śpisz na zewnątrz! – burknął chłopiec. – A obiad sam sobie upolujesz.
Cichołap nie byłby sobą, gdyby się tym przejął…

Gdy Eustachy zaczynał pisać, znikał na długie godziny. Gdyby mama nie przynosiła mu do pokoju jedzenia, nie pamiętałby w ogóle o tym, że musi przecież coś jeść. Rodzice dobrze rozumieli jego stany skupienia i nie ingerowali w proces twórczy swojego syna, o ile sam ich o to nie poprosił.
Słowa pozostawione mu przez biedronkę dały początek zupełnie nowej opowieści. Eustachy pisał z taką pasją, że już po dwóch dniach od trzymania pióra zrobiły mu się odciski.
Niedziela dobiegła końca i należało wrócić do szkoły. Już przy drzwiach spotkał swoich kolegów.
– Cześć, Stasiek! – zawołał do niego Jakub. – Jak ci minął weekend bez nas?
– Wypłakałem całe pudełko chusteczek – zironizował Eustachy, witając się tajną kombinacją gestów, którą znała tylko ich grupka.
– Wiedziałem, że pękniesz. A tak naprawdę? Co robiłeś?
Eustachy ugryzł się w język, nim zdążył powiedzieć cokolwiek bez zastanowienia. Nie mogli wiedzieć o literach znikających z książek, o biedronce, która znała pismo ani o gadającym kocie. Uznaliby go za dziwaka, śmialiby się z niego do końca szkoły i co go chyba najbardziej przerażało, wydaliliby go ze swojej paczki.
– Pisałem – odparł.
– Co takiego?
– Nooo… Opowiadanie.
– Ooo! – zakrzyknęli wszyscy chórem. – Dasz poczytać?
Widząc, jak z trudem powstrzymują uśmiechy, rzucił od niechcenia:
– Nie mam go przy sobie.
– Wiersze też piszesz? – dopytywał Franek.
– Dla Kulki – roześmiał się Kuba, śledząc wzrokiem wspomnianą przed chwilą Kulkę. Jej prawdziwe imię brzmiało Ulka i była to dziewczyna, która Eustachemu bardzo się podobała.
– Stasiek się zburaczył!
– Zburaczył się, ha, ha, ha, zburaczył się!
Rzeczywiście. Czerwony ze wstydu Eustachy zniknął za drzwiami szkoły, obiecując sobie w duchu, że opisze chłopaków w swoim opowiadaniu jako zgraję złośliwych, włochatych trolli.

– Skoro się z ciebie śmiali, to znaczy, że nie są twoimi prawdziwymi przyjaciółmi – powiedział ojciec Eustachego, popijając małymi łyczkami niemal wrzącą kawę, co podkreślało jego ognisty temperament.
Wyglądem przypominał szalonego naukowca i jeśli mama nie miała rozczochranych włosów, ciężko było stwierdzić, co może łączyć dwoje tak bardzo różniących się od siebie ludzi. Jednak przy dłuższej obserwacji, dochodziło się do wniosku, że lepiej trafić już nie mogli.
– Przyjaciel poklepałby cię po plecach i pochwalił! Uskrzydliłby cię, zadbał o to, byś nie przestawał pisać i nie wątpił w siebie! Czego was uczą w tych szkołach? Zmień towarzystwo na takie, które nie da ci poczucia, że powinieneś wstydzić się swojego talentu.
– Twój tata ma rację – potwierdziła mamusia i ukradła Teofilowi łyk kawy.

Eustachy długo jeszcze myślał o tym, co usłyszał od ojca. Nie było mu łatwo zrezygnować z towarzystwa Jakuba, Franciszka i pozostałych kolegów z paczki. Z drugiej strony chciał mieć przyjaciół, którzy zaakceptują go, gdy nie będzie nikogo udawał. Chłopcy oblali tą próbę, lecz mimo to, Eustachy bał się zostać sam.
Dylemat ten odciągnął go od pisania. Snuta przez Eustachego opowieść zatrzymała się w miejscu, jej bohaterowie utknęli w niedokończonych wątkach, tętniący życiem świat zastygł w bezruchu jak mucha, która wpadła w smołę. Chłopiec przestał czytać książki, stał się mniej rozmowny. Słowa wciąż odchodziły, zabierając ze sobą całe swoje znaczenie. Twarze autorów ze zdjęć wyblakły, nie pozwalając rozpoznać rysów.
Eustachy, choć na początku nie zdawał sobie z tego sprawy, niebawem zorientował się, że wyrazy z książek odeszły wraz z jego słowami. Ilekroć z kimś rozmawiał, uświadamiał sobie, iż mu ich brakuje. A kiedy minął tydzień, chłopiec nie był już w stanie wydusić z siebie ani jednego słowa. Zmartwieni rodzice nie potrafili dociec, co mu dolega. Odwiedzili lekarzy, a kiedy ci nie znali przyczyny, dlaczego Eustachy niemal z dnia na dzień stał się niemową, pokusili się także o zasięgnięcie rady u guślarza..
– To powinno pomóc – znachor przecisnął przez głowę chłopca naszyjnik z ususzonym korzeniem chrzanu.
Eustachy poczuł się zażenowany, mama jeszcze gorzej, a pan Teofil nie wytrzymał i wydarł się na guślarza, że jak z ludzi można robić takich głupców.
Tego samego dnia wszyscy zasiedli w ciszy przy stole. Zjawił się nawet Cichołapek i kilka drażniących go moli.
– Co robić, co robić… – myślała gorączkowo mama.
– Może Eustachy powinien zmienić otoczenie? – zaproponował tata.
Ja tu jestem! – przypomniał o sobie ich syn, uderzając ręką o blat. Ciężko znosił to, że ktoś musiał o nim decydować. Mama chwyciła syna za dłoń.
– Co masz na myśli? – zapytała.
– Pojedźmy na wieś do babci. Ja wezmę wolne w pracy, ty weźmiesz wolne i naszego syna się zwolni ze szkoły na te kilka dni.
Cichołap spojrzał w ich stronę z wyrzutem.
– Ciekawa jestem, kto będzie wtedy karmił kota – powiedziała w tym samym momencie mama, zupełnie jakby znajdowała się pod wpływem Cichołapka.
– Poprosi się kogoś znajomego. Albo weźmiemy go ze sobą!
– Wiesz, że źle znosi podróże…

Głośne MIAUUU! wydobyło się z pudełka, które pan Teofil trzymał na swoich kolanach.
– To świetnie, że zgodziłeś się z nami jechać, Cichołapku – tata poklepał karton, jakby miało to w jakiś sposób poprawić kocurowi samopoczucie.
Prowadziła mama. Pan Teofil po trzynastym i tym samym kolejnym nieudanym podejściu do egzaminów na prawo jazdy utwierdził się w przekonaniu, że jest zbyt roztrzepanym typem człowieka, by jeździć samochodem i zostaje mu rower lub hulajnoga.
– Jesteśmy na miejscu – oznajmiła mama. Cichołap zawtórował jej kolejnym miauknięciem. Jeszcze chyba nigdy nie słyszeli tak autentycznej ulgi w jego głosie.
Dom babci stał na łagodnym wzniesieniu, do którego tuliły się młode zagajniki rozbrzmiewające feerią ptasich treli i ciężkimi pomrukami trzmieli. Niedaleko płynął strumień – kiedyś pełen kamieni z odbitymi nań śladami muszelek, ale Eustachy wszystko wyzbierał i zawiózł do domu.
– Kaja jak zwykle przywiozła cały swój majątek – powiedziała babcia, wychylając się z progu. Widok wielkich, ciężkich walizek nie był dla niej niczym nowym.
– Nigdy nie wiadomo, co się może przydać! – sapnęła mama Eustachego, dźwigając torby i pokonując dwa kroki na minutę.
– Zawsze powtarzam, że tu niczego nie będzie wam brakowało, ale równie dobrze mogłabym sobie uciąć pogawędkę z osłem i wyszłoby na to samo – babcia uśmiechnęła się szeroko, odsłaniając szczerby między zębami.

Eustachy przechadzał się po polach, sam nie wiedząc, czego szuka. Być może czekał na to, aż coś się odmieni tak nagle, jak wtedy, kiedy na kartkach jego książki wylądowała mała biedronka. Ale wszystko, co go otaczało, było… takie zwykłe. Nijakie wręcz. Niebo było po prostu niebem. Wiatr – po prostu wiatrem. Eustachemu brakowało słów, by to wszystko określić, ująć w metaforę. Nazwać inaczej, nie powtórzyć się.
Nie czuł żadnej zmiany. Stał w miejscu.
– Hej, skarbie.
Chłopiec odwrócił się. Zobaczył babcię, przygarbioną kobietę z kolorową chustką na głowie i wpatrującymi się w niego jasnymi oczami.
– Chodźmy na spacer – powiedziała, biorąc wnuczka pod rękę. Szli w ciszy, jednak ani jednemu, ani drugiemu wcale to nie przeszkadzało. Babcia była tą osobą, z którą Eustachy rozumiał się bez słów. I teraz szczególnie mu to odpowiadało.
Staruszka zaprowadziła go pod rozłożystą lipę, stojącą samotnie na samym środku błoni. Usiedli w jej cieniu i trwali tak przez chwilę, rozkoszując się panującym wkoło spokojem, aż w końcu bunia odezwała się:
– A wiesz… Coś ci przeczytam.
Eustachy patrzył, jak babcia wyjmuje zza fartuszka małą, cienką książkę, otwiera ją na pierwszej stronie i zaczyna mu czytać. Chłopiec oparł się plecami o pień drzewa i wsłuchał w opowieść. Im dłużej bunia czytała, tym żywsza stawała się ta historia. Za chwilę Eustachy usłyszał szum drzewa, o którym mówiła staruszka. Zobaczył błyszczące skrzydełka wróżek, przemykających między kłosami trawy. Ujrzał cień smoka, szybującego pod modrą taflą nieba. Gdzieś za nimi rozległ się tętent kopyt, a gdy Eustachy chciał wstać, wybiec na błonia, gniady centaur przeciął mu drogę. Chłopiec wsparł się ręką o ziemię, by nie stracić równowagi i wtedy poczuł, jak coś porusza się między jego palcami.
– Babciu! Chyba siedzimy na mrowisku!
Staruszka ni drgnęła. Eustachy zamarł. To nie były mrówki, lecz słowa. Małe czarne literki wspinały się po fartuszku babci i kładły na pustych kartkach książki, którą trzymała.
– Ty wszystko wymyśliłaś…?
A ona po prostu się uśmiechnęła.

Każdego dnia na wsi babcia zabierała Eustachego w cień lipy i czytała mu nowe historie. Chłopiec na nowo uczył się władać słowem, a nawet pomagał buni tworzyć opowieści. Gdy wyjeżdżali, pożegnał ją nic nie mówiąc, ale za to bardzo mocno ją przytulił.
Kiedy tylko dotarli do domu, Eustachy udał się do swojego pokoju. Kartki i pióro leżały na biurku dokładnie tak, jak je zostawił. Usiadł przed nim, zapalił lampkę, lecz gdy zwiesił stalówkę nad papierem, z przerażeniem uznał, że nie wie, co ma pisać. Wtedy poczuł jak coś miękkiego ociera się o jego nogi.
– Bez obaw – Cichołapek z gracją wskoczył na biurko i utkwił w chłopcu spojrzenie złotych oczu. – Pomogę ci.
Gdy myśli wrzały w umyśle Eustachego w poszukiwaniu odpowiedniego słowa, czarny kocur bezbłędnie mu je podpowiadał. A kiedy chłopiec nie potrzebował już jego pomocy, Cichołapek zeskoczył na parapet i wpatrując się w iluminacje latarnianych świateł, pogrążył się w swojej mądrej, kociej ciszy.

Dwa dni później Eustachy wrócił do szkoły. Nie przejmował się już docinkami ze strony Jakuba i jego kolegów. Zresztą – ucichły, gdy zobaczyli, że Stasiek w ogóle na nie nie reaguje. Odkąd zerwał z nimi kontakt i postanowił być sobą, nowe znajomości same się pojawiły. Znalazł przyjaciół, którzy lubili go za to, jaki jest. A na dodatek… Kulka sama do niego zagadała!
Właśnie wieszał na tablicy ogłoszenie o konkursie pisarskim, kiedy stanęła za jego plecami.
– Stasieeek… To prawda, że piszesz dla mnie wiersze?
Eustachy aż podskoczył, a w gardle urosła mu taka gula, że pomyślał, iż znowu będzie musiał jechać na wieś do babki, by nauczyć się mówić.
– W-w… wprawdzie t-to… – gdy tak kołysała się z pięt na palce, miał ochotę słodko skłamać, że oczywiście, Kulka była adresatką wszystkich jego nieistniejących w rzeczywistości wierszy. Jednak Eustachy kłamać nie umiał. – Jesteś epizodyczną postacią w moim opowiadaniu.
– Co ty mówisz, Stasiek! – podekscytowała się Kulka. – To jeszcze lepiej! A dasz mi poczytać?
– Jak skończę… Pewnie, że tak.

Zmierzch uśpił miasto. Cichołap, zwinięty w kłębek, okupował parapet w salonie. Jego sierść zlewała się z czernią panującego w domu półmroku.Eustachy siedział w fotelu przy nocnej lampce i czytał książkę. Panowała niemal zupełna cisza. Tylko od czasu do czasu słychać było kolejną literkę wdrapującą się po biblioteczce, słowo wracające na swoje miejsce.

Atomy

Leżałem w mętnym świetle, a ciało moje bało się nieznośnie, uciskając strachem mego ducha, duch uciskał ciało i każda najdrobniejsza fibra kurczyła się w oczekiwaniu, że nic się nie stanie, nic się nie odmieni, nic nigdy nie nastąpi i cokolwiek by się przedsięwzięło, nie pocznie się nic i nic. Był to lęk nieistnienia, strach niebytu, niepokój nieżycia, obawa nie-rzeczywistości, krzyk biologiczny wszystkich komórek moich wobec wewnętrznego rozdarcia, rozproszenia i rozproszkowania. Lęk nieprzyzwoitej drobnostkowości i małostkowości, popłoch dekoncentracji, panika na tle ułamka, strach przed gwałtem, który miałem w sobie, i przed tym, który zagrażał od zewnątrz – a co najważniejsza, ciągle mi towarzyszyło, ani na krok nie odstępując, coś, co bym mógł nazwać samopoczuciem wewnętrznego, między cząsteczkowego przedrzeźniania i szyderstwa, wsobnego prześmiechu rozwydrzonych części mego ciała i analogicznych części mego ducha.

Witold Gombrowicz
„Ferdydurke”

 

Latarnik

Jak dobrze, że nie potrafiłeś czytać moich śmiesznych myśli. Tęskniłam za tobą. Tęsknota była moim chlebem powszednim. Nie dotyczyła konkretnej osoby – nie przywiązywałam się, zbyt wielu żeglarzy pokochałam, by po raz kolejny popełniać ten sam błąd. Byłam ich ziemią, a oni śmiertelnym przemijaniem. Tęskniłam, ale za towarzystwem, za człowiekiem jako istotą, która potrafi się serdecznie śmiać, opowiadać anegdoty, śpiewać przaśne szanty. Wiem, bywałam egoistką. A może byłam nią cały czas.

Może światło mojej latarni wcale nie wskazywało drogi, lecz mamiło i kusiło jak zaklęty klejnot uwieszony nad czarnym i ostrym niczym brzytwa horyzontem. Nie miałam złych intencji, lecz samotne życie nauczyło mnie myśleć niemal wyłącznie o sobie.

Słyszałam w twoim głosie chrypę; miałam wrażenie, że od dawna go nie używałeś. Może tylko po to, by w czasie sztormu przeklinać wszystko, na czym świat stoi. By podczas bezwietrznych dni modlić się o coś, co poruszy twą łodzią. Czułam w tobie wiele milczenia i kontemplacji… stąd ta chrypka. Ale nawet latarnicy się mylą. To nic, twój głos pieścił moje uszy jak świergot nieznanego ptaka. Chciałam się dowiedzieć, co z ciebie za ptaszyna.

Wiedziałam, że ty też chcesz mnie poznać. Wiedziałam, zanim mi o tym powiedziałeś. Uśmiechnęłam się, jakby dopiero Cutty Sark przekonało mnie o tym, że nie jesteś żadną zjawą.

– Wejdź, zostań na kilka dni. Życie latarnika nie jest żadną tajemnicą, pokażę ci je. Mam na imię Sally – uścisnęłam twoją dłoń z taką siłą, z jaką zawiązywałam węzły.

Nie spodziewałem się tak mocnego uścisku. To nie było kurtuazyjne podanie dłoni. W ten sposób witali się ludzie morza, świadomi niebezpieczeństw i tego, że każdy dzień może być ostatnim, a każdy napotkany człowiek jest dobrodziejstwem losu. Zwłaszcza jeśli ma przy sobie butelkę dobrej whiskey.

– Jestem Breg… w drodze przez ocean – zaśmiałem się i zaraz umilkłem, bo sam zdałem sobie sprawę, że to był trochę głupawy śmiech – prowadź do swojego bocianiego gniazda.

Spojrzałem na drewniane schody prowadzące w górę. Zapewne nocami słychać było na nich kroki dawnych latarników. Ciekawe czy ty wyczuwałaś ślady ich dłoni na poręczach i starałaś się trzymać ręce tak, by nie poczuli twojego dotyku. Nie pora jednak była na rozmyślania, bo pożeglowałaś schodami w górę z chyżością jaskółki.

Ciekawe jak sama postrzegałaś swój niewielki pokoik na górze, tuż pod pomieszczeniem z lustrami latarni. Wiadomym jest, że postrzeganie zmienia się z biegiem czasu i często wnętrza więziennych cel stają się rajskimi ogrodami. Z ciekawością rozejrzałem się po twoim królestwie. Półka z książkami nie zdziwiła mnie wcale. Tak własnie wyobrażałem sobie ciebie. W najbardziej samotnych chwilach rejsu byłaś dla mnie półką z książkami, byle jak zbitym drewnianym stołem, cynowym kubkiem z kawą trzymaną w zziębniętych dłoniach. Wszystko tu było na swoim miejscu i aż musiałem przygryźć język, by upewnić się, że nie jesteś snem.

Postawiłem flaszkę na stole i poczekałem, aż zajmiesz swoje miejsce na chyboczącym się krześle. Usiadłem na przeciw, po zawietrznej stronie. Słońca nie było widać, bo raz, że zmierzch, a dwa burzowe chmury pędzące z zachodu. Przydałyby się jeszcze… nie musiałem długo czekać. W oddali seria błyskawic rozświetliła niebo. Ech ta marynarska sztampa. Gdzie whisky i morska latarnia, tam musi szaleć sztorm. Tylko ty nie pasowałaś do tego schematu, a gdy przypatrzyłem się uważniej rysom twojej twarzy to zrozumiałem, że tak jak i ja, nie pasujesz nigdzie. Może stąd ta latarnia, może stąd mój rejs.

Napisane razem z P. T.